TAKIE MOJE MAŁE ŚPIEWANIE

„TAKIE MOJE MAŁE ŚPIEWANIE”

Wspaniały krakowski aktor Jerzy Sthur grający w filmie pt. „Tydzień z życia mężczyzny” postać prokuratora Borowskiego, który jednocześnie jest członkiem chóru, zapytany w ostatniej sekwencji filmu co daje mu śpiewanie w nim odpowiedział: „Czuję, że kiedy śpiewam to przez tę chwilę staję się lepszym”. Myślę, że jest to chyba cała kwintesencja tego czym jest w moim życiu śpiewanie. Od zawsze lubiłem śpiewać. W przedszkolu występowałem w śpiewanych przedstawieniach, w szkole śpiewałem w chórze, chociaż bardzo niechętnie ale nie dlatego, że nagle przestałem to lubić, ale dlatego, że w tym chórze byłem „rodzynkiem” tj. jedynym chłopakiem wśród całej plejady dziewcząt, którymi się jeszcze wtedy nie interesowałem. Doszło nawet do tego, że obniżono mi sprawowanie za nieuczestniczenie w próbach. Śpiewałem w wielu codziennych sytuacjach: przy pracy, w kościele, podczas uroczystości rodzinnych, spotkań towarzyskich czy podczas samotnych spacerów upewniwszy się że nikt mnie nie słyszy… W czasach studenckich tańczyłem i śpiewałem w Zespole Pieśni i Tańca „Warmia” w Olsztynie. W okresie pracy zawodowej, w okresie „posuchy” na nauczycieli muzyki w wiejskich szkołach w latach 80 – tych, mimo braku fachowego przygotowania, przez 7 lat uczyłem dzieci muzyki w szkole podstawowej oraz przez pewien czas prowadziłem muzykoterapię z dziećmi niepełnosprawnymi w Ośrodku Rehabilitacyjno – Wychowawczym. Tak więc muzyka jest nieodłączna częścią mojego życia. W wolnych chwilach biorę do ręki gitarę i śpiewam dla samego siebie by stało się lepiej i wygodniej na tym świecie. To moje śpiewanie traktuję jako swoistą muzykoterapię dla siebie i dla niepełnosprawnego syna. Przenoszę się wtedy w świat lepszy, pełen harmonii i uspokojenia. Czasami się zastanawiam, co by się ze mną stało gdybym nagle stracił głos czy słuch bądź jedno i drugie? Nie wiem czy umiałbym pogodzić się z tą stratą.

Do Zamkowego Chóru Kameralnego trafiłem dzięki koleżance Anecie w 2001 roku. To był dla mnie czas najtrudniejszy w życiu, czas tzw. „życiowego ostrego zakrętu”, czas czarnych myśli i bolesnych przeżyć. Uczestnictwo w chórze stało się antidotum na te trudne przeżycia, na wszystkie kłopoty. Te dwa spotkania w tygodniu na próbach chóru oraz od czasu do czasu na koncertach było przejściem w inny wymiar rzeczywistości, w przestrzeń wewnętrznego ładu i spokoju. Chociaż często, po całym dniu gonitwy, spraw trudnych i wyczerpujących, zastanawiałem się żeby „odpuścić” próbę z powodu zmęczenia, tym bardziej, że po próbie zawsze czekają mnie jeszcze wzmożone obowiązki domowe, że nie będę miał tego luksusu by niespiesznie wracać do domu, by po powrocie już zająć się tylko sobą, to jednak przełamywałem to i jechałem na próbę bo wtedy przez te półtorej godziny wszystko stawało się inne, łatwiejsze, prostsze i że warto dla tych chwil przemóc się i pokonać fizyczne zmęczenie. Co mną powoduje, że chcę śpiewać w chórze? Myślę, że na pewno atmosfera, dobrzy ludzie od których nie słyszy się gniewnych i złych słów a wszystko to opatrzone muzyką, która jest jakże często opatrunkiem na skaleczoną duszę. Myślę, że Maria Konopnicka miała świętą rację pisząc w swoim czasie taki oto strofy:

„ …Gdzie słyszysz śpiew tam wchodź, tam dobre serca mają…Pamiętaj ludzie źli nigdy nie śpiewają”

Bycie członkiem chóru, uczestnictwo w próbach i występach to poddanie się harmonii, której w oszalałym świecie tak nam brakuje, to poczucie czynienia czegoś wspólnie z innymi, gdzie wszyscy mają ten sam cel i jedni od drugich są zależni by nie pokaleczyć harmonii, by dzieło muzyczne zabrzmiało dobrze. Uczestnictwo w chórze to dla mnie przede wszystkim przeżycia estetyczne, spotkanie, mimo naszej amatorszczyzny, ze sztuką – z dziełem, które staramy się poprawnie odtworzyć by wydobyć z niego piękno, które wzrusza, czasem uwzniośla, to spotkanie z poezją, do której kompozytorzy napisali muzykę. Śpiew repertuaru religijnego to, czy chcę czy nie chcę, jest modlitwą. Ktoś powiedział, że ten kto śpiewa – dwa razy się modli. Bardzo zaniedbuję modlitwy codzienne więc tym moim śpiewaniem nadrabiam zaniedbania. Myślę, że Bóg mi to kiedyś policzy, gdy stanę u jego tronu. Ale poza tymi osobistymi dobrodziejstwami, które daje mi śpiewanie w chórze, jest jeszcze coś bardzo ważnego. Jest to potrzeba dawania z siebie czegoś co najlepsze innym. Przecież nie żyjemy tylko dla siebie. W lepszym czy gorszym wydaniu to jednak chór jest po to, by wypełnić jakąś misję społeczną, by dostarczać słuchaczom przeżyć estetycznych, by radować, wzruszać, jednoczyć, by edukować, rozwijać i ocalać od zapomnienia. Czy nam się to udaje? Czy nasz chór jest dość aktywny w tym dziele? Myślę, że nazbyt zawęziliśmy tę aktywność do lokalnego środowiska, często koncertów na zamówienie władz z okazji lokalnych uroczystości, gdzie nie zawsze chcą nas słuchać. (przykład: podpisanie umowy w sprawie projektów unijnych). Nie ma nas na przeglądach, nie koncertujemy poza Ostródą. Udział w przynajmniej jednym w ciągu roku przeglądzie czy konkursie uzmysłowiłby nasze słabe i mocne strony, wzmocnił motywację, przyniósł wiele cennych doświadczeń, no i, wreszcie dawałby jakąś satysfakcję z ewentualnego sukcesu. Kolejną kwestią jest reklama naszego chóry ale bez nagrania płyty i większej aktywności na zewnątrz jest to prawie niemożliwe. Myślę, że tej aktywności powinniśmy życzyć Zamkowemu Chórowi Kameralnemu w Ostródzie na następne XV – lecie. Mimo tych nieco krytycznych słów kończących moje pisanie, wiem na pewno i mam tę satysfakcję oraz nadzieję, że w jakimś, choćby najmniejszym, stopniu przyczyniłem się do tego, by świat stał się przez chwilę lepszy i przytulniejszy.

Mieczysław Kowalczyk Członek ZCK w Ostródzie